niedziela, 6 lipca 2014

raport z dzisiejszego safari

upoluj arbuza!

Wasze ulubione freegany postanowiły zrobić małą dokumentacje jednego wypadu i wszystko zaprezentować. przed Wami świeżutkie i cieplutkie zdjęcia z porannych łowów.

z uwagi na upał i brak czasu dawno nie byliśmy na giełdzie (dla przypomnienia- we wrocławiu jest TARGPIAST czyli giełda rolna). ale jako, że udało nam się wstać dośc wcześnie i mieliśmy wolne przedpołudnie- postanowiliśmy zajrzeć.

pierwszy kubeł nas zaskoczył- był prawie pusty poza skromną paczuszką:


dosyć nietypowa zdobycz. Idziemy dalej, widząc jak przy sprzedawcach piętrzą się skrzynki arbuzów. jeden z nich się wydostał. pewnie długo walczył z niewygodną skrzynią, bo leżał pod płotem brocząc sokiem. chceliśmy go wziąć mimo, że był obity i popękany, bo szczerze mówiąc nie liczyliśmy na pokaźne łowy. arbuz okazał się jednak zbyt ciężkim kalibrem- ważył chyba ponad 8 kg.


zaglądamy dalej, to tu, to tam. pustki, zgniłki, pleśń i syf- lato w pełni, wszystko się psuje.

aż tu nagle, wojtek znajduje kubeł obfitości i woła marysie machając do niej awokado.
marysia biegnie radośnie po czym daje nura do środka, uważając aby nie podeptać skarbów.
 tu jabłuszko, tu gruszeczka, nektarynki i buraczki, gdzieś koperek i sałata, ogóreczki...
 ...marcheweczki.
 (o tyle w domu się okazało. marysia mówiąc, że w domu nie ma, rzuciła tylko "weź dużo"):

było tego naprawdę sporo- poza tym co widać i wymieniliśmy było kilka pięknych sztuk awokado (!), jeden bakłażan, parę moreli, sałata i kto wie czy nie coś jeszcze, ale zwyczajnie zaczynało się robić ciężko. a przed nami jeszcze połowa drogi do przejścia.
wyjście z kontenera zwieńczył okazały bukiet:

jedną rzecz należy podkreślić: przez cały czas byliśmy bacznie obserwowani. zaglądając do skrzynek, do mniejszych czy większych kubłów, a nawet jawnie nigdzie nie schowane...
 ... arbuzy. jednego już sobie wzięliśmy, więc staraliśmy się nie zwracać na nie uwagi.

dalej staraliśmy się już być powściągliwi- wpadło jeszcze kilka morelek, kiełki, seler naciowy, brokuł i czerwona kapusta (biała niestety była robaczywa).

ale ponownie zostaliśmy wystawieni na próbę pazerności, której nie przeszliśmy. ale to było niemożliwe przy takim łupie! :
 ekstaza ma kolor oberżyny...


powoli zbliżaliśmy się do końca, upał i ciężki plecaki dawały o sobie znać, każdy kolejny kubeł czy skrzynkę oglądaliśmy już pobieżnie, kiedy niespodziewanie trafiliśmy na to:

nie były po terminie. nie były uszkodzone. wysnuliśmy teorie, że dawno temu komuś się zapodziały i przy sprzątaniu magazynu ktoś je wymiótł z kąta. cóż, wojtek ma radość.

a po chwili kolejną, kiedy pobiegł ratować uciekającą ze skrzynki cebulę toczącą się po podjeździe.



 przy okazji znajdując w kącie przyczajonego, niepozornego...


arbuza.

mieliśmy już dośc, upał był nie do zniesienia. szliśmy do wyjścia starając się nie patrzeć na boki, kubłów nawet nie otwieraliśmy. cel był blisko, kiedy nagle...

nie.

to niemożliwe.

to fatamorgana!

wdech, wydech, spokojnie... napij się.


kurwa!


do wyjścia prawie biegliśmy (tylko plecaki znowu zrobiły się cięższe o jakieś 20 awokado), po drodze mijając...

wtorek, 1 lipca 2014

o znaleziskach mniej typowych cz. II

Czasami znajdujemy rzeczy o których ciężko zrobić osobny post. Nie są to warzywa, owoce ani jakieś fikuśne pieczywo (bo po chleb i bułki jeździmy co ok. 3 miesiące, zapełniamy zamrażarnik i mamy spokój) tylko raczej jednorazowe lub stosunkowo rzadkie zdobycze. Toteż robimy osobny wpis.


startujemy!

 Na rozgrzewkę prezentujemy dziwną roślinę która bardzo smutna i samotna leżała w kuble. Byliśmy co prawda obładowani innymi znaleziskami, plecak chleba, kilka reklamówek warzyw w rękach, pies na smyczy... ale musieliśmy go zabrać! więc jeśli kiedykolwiek w komunikacji miejskiej rzuci Wam się widok dwóch obładowanych głupków z jeszcze głupszym psem- to my.



dla spragnionych biedronka wyrzuca rozwalone czteropaki:


 ... nie tylko soczków :>
będąc przy płynach- dzięki uwranej nakrętce Wojtek miał porządny kubek kakao na kolację:


a serki i jogurty rozdajemy odwiedzającym nas gościom.

dzięki niewielkim zgnieceniom można sporo zaoszczędzić:

a tutaj mamy przykład na to, że i nasza psina korzysta z freegańskiego stylu życia (bo ona dostała parówki):
 z hot-dogami w ogóle wiąże sięzabawna historia. mieliśmy akurat parówki sojowe i wielką chęć zjedzenia ich w bułce, z musztardą, mnóstwem sałaty i innych warzyw. pech chciał, że nie mieliśmy nawet chleba. sprawdzając śmietnik w którym niezbyt często znajdujemy coś godnego uwagi trafiło się TO. bułka do hotdoga. i to na dodatek z keczupem! <3
pies syty i my szczęśliwi.


kończąc wątek nabiałowy prezenujemy sfatygowaną wytłoczkę po jajkach, jakich w śmietnikach pełno. z tym, że czasami warto zerknąć do środka...

 bo 7/10 jajek okazało się być całe (na zdjęciu jedno się schowało). pęknięte dostał pies.

 (małe sprostowanie odnośnie jajek- na codzień nie kupujemy jajek klatkowych. jeśli zdarzy nam się w ogóle je kupić to ze wsi lub wolnowybiegowe. ale skoro już coś ląduje w śmieciach...)


teraz przenieśmy się na złote pola. trafiliśmy na nie już dwaa jak nie trzy razy

 a z mąki z owych pól można zrobić wafel. i to nie jeden:

 (w śmieciach byłyły całę trzy kartony...)

a oto najnowsza zdobycz: mieszanka do wypieku brownie! wegańska, składająca się z cukru, mąki, czekoladowych groszków i takich tam rzeczy potrzebnych do brownie.



przepis na opakowaniu sugerował dodanie wody, oleju i jajek i upieczenie w piekarniku. nie posłuchaliśmy przepisu bo
a) nie mamy piekarnika
b)połowa z nas nie je jajek
c)aktualnie nie mamy jajek

Więc na koniec, drodzy czytelnicy, przepis na naszą dzisiejszą kolację czyli pankejksy (to zwykłe pancakes, tylko jeszcze bardziej hipsterskie od tych normalnych, bo mają czekoladowe groszki i są z mieszanki do pieczenia).
Na początek wymieszać należy brownie mix z mąką 1:1. następnie dodajemy mus bananowy:

 oraz wodę gazowaną i nieco oleju:

ciasto powinno być nieco gęstsze od ciasta na naleśniki.
leciutko natłuszczamy patelnię, wylewamy cholę porządnego, grubego placucha i jak zacznie się ścinać na brzegach to delikatnie odwracamy na drugą stronę.


układamy placuszki jeden na drugim, wtedy są ciepłe i mięciutkie.


i wcinamy z musem bananowo-truskawkowym zasładzając się prawie na śmierć i przeżywając kulinarną chwilę uniesienia.



piątek, 27 czerwca 2014

o tym, jak zamieszkała u nas krowa...

i to nie byle jaka, bo krowa- sojowa!


dzisiaj nietypowo wpis będzie dotyczyć tak zwanego "Do It Yourself"- z pomocą naszej niezastąpionej roślinnej mućki.

mleko sojowe nie należy do najtańszych, a marysia w okresie zimowym i przedwiosennym jest smutna kiedy nie zje na śniadanie owsianki czy inszej kaszy. także pewnego dnia uznałam "zrobię sama!"

aby dobrze wydoić krowę wystarczy namoczyć szklankę ziaren na noc, rano zlać wodę i podgotować w nowej,  po czym odlać ponownie. następnie zblendować na gładką masę z dwiema szklankami świeżej wody i taką miazgę gotować mieszając co jakiś czas ok. 20 minut. dolać na koniec trzecią szklankę wody i- przystępujemy do dojenia!

do tego potrzeba nam słoika/naczynia/dzbakna/czegoś do czego możemy przecedzać mleko, sitka oraz czystej bawełnianej szmatki. przelewamy mleczko porządnie wyciskając szmatkę na której pojawi się osad (o nim w dalszej części postu:>)
i tak oto, ze szklanki ziaren otrzymujemy jakieś 700ml pysznego mleka- nawet kożuch się robi!




i teraz wystarczy już tylko znaleźć porzucone, soczyste i dojżałe gruszki...



 poddusić nieco, odparować i przedłużyć ich żywot zamykając w słoiku...


by kiedy zabraknie zapasów móc zjeść ciepłą owsiankę z grusią na mleku własnej roboty:


oczywiście sposobów na owsiankę jest całe mnóstwo, to tylko jeden z wielu przykładów...
ale, ale! kiedy doimy sojową krowę dostajemy coś jeszcze!


dla tych którzy nie wiedzą- te gomółki to OKARA, czyli zwyczajnie zmielona i ugotowana soja. tak, tak kochani, sojowa krowa poza mlekiem od razu daje ser;)

cóż z tą okarą zrobić? gdybyśmy mieli piekarnik zapewne wyszedłby z tego niezły pasztet, ale okara aż się prosi o przerobienie jej na kotlety. ma na tyle delikatny smak i konsystencję, że chętnie poddaje się działaniu naszej kuchennej wyobraźni. i tak jak w poprzednim wpisie zainspirowała nas znaleziona przed obiadem kolendra, tak na poniższym zdjęciu w kotletach wylądowała młoda pokrzywa:



to proste połączenie dało niespodziewany efekt- kotleciki smakowały jak... pulpety rybne! Oo

wariacji było wiele, jedyne o czym należy pamiętać to

* wtarcie SUROWEGO ziemniaka na drobnej tarce
*dodanie łyżki zmielonego siemienia lnianego + ew. nieco wody.

wtedy kotleciki będą się trzymać i elegancko smażyć:



a potem cieszyć podniebienie


tu akurat Wasze ulubione freegany jadły jakiś gulasz pomidorowo-paprykowy i surówkę z pora. chyba...;)

ale jako, że smażeniny zbyt często wolimy nie jeść to trzeba było wymyślić inne zastosowanie dla często pojawiającej się masy. oto i ono: pasta kanapkowa a'la falafel.


okarę
blendujemy z czosnkiem, pietruszką, solą, pieprzem i kolendrą. dodajemy tyle oliwy żeby uzystkała gładką smarowność.




i cóż więcej mamy Wam mówić? może tyle, że to, jak zwykle, jeden z tysiąca pomysłów jaki nam zawitał w głowie- bo i pasta miała wiele wcieleń:)

zachęcamy gorąco, abyście starali sięrobić w domu jak najwięcej- dużo frajdy, dużo oszczędności i satysfakcja.

do następnego wpisu, dobranoc!

środa, 11 czerwca 2014

buraki, kapusta...

... czyli po dłuższej nieobecności serwujemy wpis CZERWONY.


lato w pełni, wszyscy zajadają się nowalijkami. nas to także nie ominęło!






pewnego wieczoru biedronka zaserwowała nam przecudnej urody botwinkę. cztery pęczki z których odrzuciliśmy tylko tyle (sic!):



Pewnie, że buraczane liście można wykorzystać na wiele niestandardowych sposobów. ale jednak nie ma to jak klasyczna zupa- śmietnik (choćby dla tego za punkt honoru postawiliśmy zrobienie jej tego sezonu ;) )w której gęsto od warzyw, koperku i szczypiorku, z kawałkami młodych ziemniaczków. co zabawne, wszystkie składniki znaleźliśmy razem- taki obiadowy pakiet!

 


Samych buraczków było tyle, że po zrobieniu sałatki, wrzuceniu do zupy jeszcze zostało. Te zostały potraktowane drobną stroną tarki:






A z pomocą przybył korzeń chrzanu:




Potem już tylko cytryna, nieco soli- i wyszedł słoiczek ćwikły:) każda poza roku dobra na ćwikłę.



***


Drugim bohaterem (a właściwie bohaterką) dzisiaj opisywanych kuchennych zmagań jest czerwona kapusta. Przez jakiś czas mieliśmy do niej szczęście  uznaliśmy, że można poeksperymentować a nie w kółko jeść surówkę.
Próba kiszenia niestety się nie powiodła (za to możemy pomyśleć w przyszłości nad chodowlą różnych rodzajów pleśni...)
, ale czerwona kapusta na ciepło okazała się być rewelacyjna.

Krok po kroku:



1. Kapustę szatkujemy, najlepiej jak najdrobnie, gdyż jest twarda. W trakcie krojenia systematycznie ugniatamy w dużej misce, można nieco posolić, żeby skruszała.

Następnie w granku rozgrzewamy niewielką ilość oleju i wrzucamy kapustę.


kiedy zacznie lekko kruszeć i nabierze połysku podlewamy ją odrobiną wody i dusimy.



2. w tym czasie siekamy cebulę i ścieramy jabłko.






Podsmażamy na patelni, kiedy cebulka zacznie się rumienić, a jabłko przyjemnie pachnieć solimy i przerzucamy do garnka z kapustą.






3. kolejny krok, kiedy kapusta zaczyna się robić miękka dodajemy przyprawy- my użyliśmy odrobiny cynamonu i kolendry (poza pieprzem i solą). ale kapustę przede wszystkim trzeba zakwasić. Jako, że w tamtym roku robiliśmy wino ze zdziczałych winogron i wyszło dość cierpkie, to do gotowania nadaje się idealnie- i jego, zamiast octu użyliśmy (na sporą głowkę kapusty poszło koło 3/4 szklanki)
                         

Po tych trzech krokach duszona kapusta zawitała na talerzu w towarzystwie mocno kolendrowych kotlecików.
 

a z czego dokładnie były kotlety? o tym opowiemy we wpisie z kategorii "do it yourself" ;)